Głos strachu
- Wychodze! Będę za około 2 godziny!!! - krzykęłam do rodziców.- Dobrze Kochanie! - powiedziała mama - Bądź ostrożna. - dodał tata.
- Ok, ok...
Wolno szłam ulicą. Rozkoszowałam się każdym promykiem słońca, każdym podmuchem wiatru. Czułam w powietrzu, że te wakacje będą niesamowite!
Nagle usłyszałam ciężkie kroki za sobą. Szybko się odwróciłam... ale za mną nikogo nie było. Musiałam widocznie się przeslyczeć. Uspokoiłam się i szłam dalej. Obserwowałam drzewa ozdobione zielonymi szerokimi liściami, na niektórych gałęziach zauwazyłam nawet wiewiórki! Doszłam do rogu mojej ulicy, po czym spojrzałam na zegarek, była 11.05. Westchnęłam ze zrezygnowaniem... Mogłam wyjść 40min. później... Gdy myślałam co zrobić dalej, poczułam mocne otarcie o bark. Momentalnie odwróciłam głowę. Lecz znowu niec nie zobaczyłam. Mogłabym myśleć, że to gałąź, lecz żadnej w poblizu nie było. Zaczęłam się bać...
Niewiele myśląc ruszyłam w strone kawiarenki w której zawsze się spotykamy paczką lub tak jak ja teraz z Martą. Szłam coraz szybciej i szybciej, aż w końcu biegłam. Popychałam ludzi i widziałam ich zdezorientowane miny. Nie przestałam biec, póki nie znalazłam się w kawiarni.
Dobiegłam do stolika stojącego w rogu i wcisnęłam się w fotel. Dysząc ciężko spojżałam na zegarek: 11.15. Było bardzo wcześnie. Ponad godzina czekania. Oczywiście, nie miałam zamiaru wychodzić z tąd. Czułam się bezbieczna. Nagle usłyszamłam mój dzwonek. To była Marta.
- Ja... ja... nie przyjde. Problem w domu, pa.
- Co?! Marta, co ci jest? - te słowa wypowiedziałam do nikąd, bo kolezanka już sie rozłączyła.
To było dziwne. Miała takie spięty i przestraszony głos. Jakby miała na ten telefon 2 sekundy. Zaczęłam sie poważnie martwić. Te dziwne kroki i ten dotyk.. A teraz Ona. Nie wiem co myśleć. Ale wiem co robić. Musze iść do Marty i dowiedzieć się o co jej chodziło. Jak ma jakąś rodzinną wizyte, albo Bóg wie co, trudno. Muszę wiedzieć, czy jej nic nie jest.
Szłam ze spokojną maską na twarzy, we wnętrzu byłam przestraszona ale i wściekła. Nie wiedziałam co się dzieje... Po kilku minutach byłam już na miejscu. Przed moimi oczami stały drzwi od domu rodziny Nałgowskich. Zaczęłam dzwonić dzwonkiem jak 5-letnie dziecko. Cały czas.... Niestety nikt nie otwierał. Zrezygnowana odwróciłam się i... zobaczyłam jakiegoś chłopaka. Nie mogłam rozpoznać kim jest, bo miał spuszczona głowe i obszerny kaptur.
- Idź lepiej... Nikt ci nie otworzy. - chłopak mówił to jakby mi groził. Skinełam głową i minełam go. Lecz ten chwycił mnie za nadgarstek.
- Pamiętaj, nie znikne z twojego życia tak szybko. - szepnął. Po tych słowach widziałam tylko złoty błysk w jego oku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz