niedziela, 2 września 2012

Rozdział 5

Ostatni dzień


    Wstałam późno, o 12.30... To oznaczało, że byłam bardzo zmęczona. Założyłam szlafrok i zeszłam na dół. Taty nie było, dziwne. Przecież w poniedziałki ma wolne.Mama kszątała się w kuchni, a Konrad pomagał.
    - Wstał ranny ptaszek – powiedział sarkastycznie młodszy brat.
    - Daj mi spokój!
    - Wiktoria była widocznie bardzo zmęczona Konradzie. Usnęła przed dziewiątą i tak długo spała.
    - Właśnie, knypku...
   - Mamoo... - jęknął konrad kładąc naczynia do zmywarki.
    - Macie się nie kłócić.. Wiktorio, weż sobie kanapkę.
    - Ok....
    Po zjedzeniu weszłam na góre. Ubrałam się w sukienkę, której nie biore do Gdańska. Włożyłam do malutkiej torebki telefon i portfel, po czym, wyruszyłam do skleu spozywczego.
    Droga zajęła mi 15 minut. Najbliższy supersam jest dość daleko, niestety... Bałam się, że nów będę miała jakieś omamy, albo i nie omamy... Trudno to stwierdzić... Ale na szczęście nic takiego mnie nie spotkało. W sklepie kupiłam trochę słodyczy: 3 7-daysy, batoniki, ice i tego typu rzeczy. Gdy zbliżałam się do kasy, wpadłam na Sebastiana:
    - O! Też zakupy w ostatniej chwili? - zaśmiałam się.
    - No.. Tak. Co tam u cb? - Seba wyglądał na bardzo spiętego.
    - Ok.. Ale ty coś marnie wyglądasz...
    - Ja? No co ty, czuję się świetnie – powiedział udawanym spokojnym tonem.
    - Seba, kręcisz coś. Gadaj! - rozkazałam.
    - O Jezu.. .Nic mi nie jest. Jak zwykle pszesadzasz.
    - Niech ci będzie – syknęłam.
Wszyscy moi znajomi wyglądali, albo mówili jak by byli czymś przestraszeni. Albo kimś. Na przykład tym tajemniczym gościem.
- Dobra, nie przeszkadzam – powiedziłam. - Pa, do jutra. - odwróciłam się i skierowałam do kasy.
    Droga powrotna była jeszcze dłuższa. Niosąc dwie torby z zakupami szłam 20minut... Masakra.Gdy wróciłam do domu, słyszałam jakieś krzyki. Weszłam do salonu i ujrzałam dwie osoby wrzeszczące na siebie.
    - COŚ TY ZROBIŁ!!!!!
    - NIC!!!!!!!! Rowery zamknąłem w garażu!!!!!!
    - Jezu! - jęknęłam – o co tym razem poszło?
    - Wiki, nie wtrącaj się! - powiedział tata.
    - Boziu... Nie! Mam dosyć waszych ciągłych wrzasków.
    - Dziecko! Nie będziesz decydować, czy się mamy kłócić czy nie!
    - Mamie chodzi o to że któś ukrał rowery – odpowiedziła mi wreszcie tata.
    - Taaak! - wykrzyknęłam. - Jea! Nie będzie wycieczki! Nie bedzie wycieczki! - Chociaż jedna sprawa mnie ucieszyła! Rodzice zamilkili i spojrzali na siebie.
    - Wiktorio. Nie mamy rowerów. Jak będziesz jeżdziła do liceum? - zdziwiła się mama
    - Będziecie mnie zawoźic, a potem wyrobie sobie prawko! Jea!
    - Chociaż jedna osoba ma z tego radochę. - dodał tata, śmiejąc się.
    - Hy! - prychnęła mama idąc do kuchni.
    - Tato???? Gdzie są te rowery?
    - Chwilowo u kumpla, ale to zostaje między nami. - szepnął
    - Wiedziałam, że coś kręcisz.
    - Powrórka meczu z wczoraj jest akurat dzisiaj o 17. Nie mogę tego przegapić!
    - Hahaha! Zaśmiałam się. - ten dzień wydawał się normalniejszy, niż oczekiwałam...
    Popołudnie spędziłam gadając z Olą i Adrianem na skypie. Olka nie mówiła mi o żadnych dziwnych kolesiach i zachowywała się normalnie. To dobrze ;) Wieczorem sprawdziłam walizkę i spakowałam bagaż podręczny.
     Od jutra, będzie inaczej. Oderwę się od przerażającego mnie miasta. Spędzę dwa tygodnie w spaniałaym hotelu robiąc to co kocham. Tańcząc i spędzając miło czas z przyjaciółmi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz